Mniej znaczy więcej – gdy słabość staje się siłą! IRONMAN część 3

Mniej znaczy więcej – gdy słabość staje się siłą! IRONMAN część 3

Data: 18.03.2020
Komentarze: 0
Kategoria: TRIATHLON

Wiele razy zastanawiałem się czy warto napisać ciąg dalszy, czy te własne retrospekcje są jeszcze komuś (oprócz mnie) potrzebne? Ponownie zezowaty los podpowiedział co zrobić;-) Przypomniał się triathlonowy podopieczny, wspominając wspólne przygotowania i start. O kolejny odcinek szalonego IRONMAN’a dopominała się znajoma, która ponoć corocznie oczekiwała inspirujących wpisów.

Autor: Tomasz Radzik – trener personalny FitNation Studio Treningu

„Gdy się wytrzyma coś nie do wytrzymania, wygrywa się z życiem!
    Wtedy też słabość staję się siłą.”
                                                             NAJLEPSZY – Łukasz Grass

A więc (cytując klasyka: zdania nie zaczyna się od „a więc”) sezon triathlonowy 2018/2019 dobiegł końca, historia na koniec sezonu zatoczyła kolejny krąg (powrót po 2 latach do Gdyni). Ale zanim to nastąpiło, to oczywiście jak zwykle w moim przypadku nie mogło być za kolorowo;-)))

Co Cię nie zabije to Cię wzmocni!

Po pokonaniu „prawie” pełnego dystansu IRONMAN w Hamburgu http://www.fitnation.pl/blog/triathlon/aby-osiagnac-cos-niezwyklego-trzeba-miec-niezwykle-marzenie-czyli-moja-droga-do-ironman-czesc-2.html długo nie mogłem dojść do siebie. Fizycznie nie było najlepiej, o czym często przypominało zmęczone ciało i schodzące paznokcie, ale głowa (psychika) już po niecałym miesiącu przerwy kombinowała, jak tu zaszaleć w nadchodzącym sezonie... Pod hasłem: „Połówka rządzi” na sezon 2019 zaplanowałem dwa starty na dystansie ½ IRONMAN, tj. wizytę w kolebce polskiego triathlonu, czyli Suszu oraz powrót po dwóch latach od debiutu do Gdyni. Nieśmiało zamarzyło mi się złamanie magicznej bariery 5 godzin, więc już od września rzuciłem się w wir treningów jesienno-zimowych. Ponad miesiąc żarło niesamowicie (po 10h w tygodniu), a potem pierd…eło, jeno raz! Zaczęło się od sympatycznej tygodniowej biegunki (oczywiście bez przerw w treningu – o jeszcze czego!), a potem bakteria i antybiotyko-terapia, która z małymi przerwami trwała do marca 2019. Tak, że ten, no! Człowiek robi plany, a diabeł wkłada w szprychy patyki, czy jakoś tak to szło. Chyba jednak pełny dystans odcisnął na moim organizmie większe piętno, niż mi się wydawało, ponieważ lekki stan zapalny rozwinął się do rozmiarów solidnego tsunami.

Mniej znaczy więcej – gdy słabość staje się siłą!

Cóż było robić!? Trzeba było dostosować zamiary do sił i walczyć ile się dało. A ponieważ dało się niewiele to trzeba było ograniczać treningi żeby organizm dawał rady z chorobą i treningiem jednocześnie. To, że potrzeba jest matką wynalazków wiedziałem nie od dzisiaj, ale żeby to się dało zastosować z powodzeniem w treningu to dopiero zaczynałem się dowiadywać… Trzeba było trochę poszperać w literaturze, popytać mądrzejszych kolegów (dzięki Marku Mroczku, jak zwykle można na Ciebie liczyć), no i podpatrzeć idoli (w tej roli nasza wschodząca gwiazda: Robert Karaś). Do zmian zainspirował mnie Daniels, ale nie ten od procentów, ale ten od biegania, który polecał skuteczną jak się okazało mieszankę intensywności z niezbyt dużą objętością. Okazało się, że można trenować efektywnie i jednocześnie skutecznie oraz krócej – krótko mówiąc: zapierd.. ać nie zamulać. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, ale metoda miała zmienić moje podejście do treningu już na dłużej.

Z wizytą u „Najlepszego” w Suszu! 

Z pewną dozą nieśmiałości wyruszyłem do mekki polskiego triathlonu, w której swoje pierwsze kroki stawiał nasz Mistrz Świata w podwójnym IRONMAN – Jerzy Górski, bohater książki i filmu „Najlepszy”. Nieśmiałość i obawy wynikały nie tylko ze słabego okresu przygotowań, ale również z tego, że moje dotychczasowe wyprawy zawsze miały samochodowe historie. To, że tradycji miało stać się zadość przekonałem się ponownie na wysokości Łodzi (mniej więcej tam gdzie ostatnio zakończyła się moja podróż do Susza), słysząc coraz większe hałasy dobiegające z przedniego zawieszenia. Jak się okazało po zatrzymaniu straciliśmy większość śrub z koła, które trzymało się jedynie na jednej sztuce (szach mat i pozamiatane). Tydzień wcześniej samochód wrócił od mechanika, po kompleksowym przeglądzie (aby nie było niespodzianek po drodze), który niestety zapomniał dokręcić śruby w kołach (z przeznaczeniem nie wygrasz, jak mus to mus). Skoro jesteś w Suszu z wizytą u mistrza Jurka, to nawiązanie do jego perypetii na starcie jest obowiązkowe (to był sarkazm, ale o tym za chwilę - polecam książkę i film „Najlepszy”). Wszystko od momentu przyjazdu wskazywało, że powinny to być bardzo udane zawody i po trochu już ustawiałem się na celebrowanie nowej życiówki sub 5h. Miało być na bogato: wbieganie na metę z uniesionymi 4 palcami, telemarki, fanfary itd., itp. No cóż, o mało co wszystko nie zakończyło się już na etapie pływackim, kiedy to w pewnym momencie zrobiło mi się słabo i zacząłem szukać najbliższego ratownika, aby złapać się jego łodzi (tak jak zrobił to mistrzunio Jurek G.) Na szczęście przypomniałem sobie, że to jest równoznaczne z dyskwalifikacją i zgodnie ze swoim doświadczeniem triathlonowym postanowiłem przeczekać i nie utonąć. Udało się połowicznie bo chyba jako jeden z ostatnich dotarłem do strefy zmian T1, a świadomość odzyskałem dopiero na ok. 10 km roweru nie bardzo wiedząc co się stało, że się zesr… ło. No ale nic trzeba było jakość dokończyć i przekonać samego siebie, że jest fajnie i że trzeba przeżyć i to… Już wtedy odpuściłem sobie walkę o życiówkę i postanowiłem się po prostu dobrze bawić do końca wyścigu. Nie wychodząc zanadto ze strefy komfortu dotarłem do strefy zmian T2 i tu kolejna niespodzianka - całkiem niezły wynik na rowerze – czas na 90km 2h38’ i średnia 34,4km/h. Oł yeaa! Całkiem, całkiem jak na to rowerowe zamulanie, kiepskiej jakości asfalt i pieprzony wiatr wiejący nie wiedzieć czemu prosto w twarz! Na biegu nie było fajerwerków (mój organizm nie był zdolny do wyjścia ze strefy komfortu) kontynuowałem po prostu zamulanie, ale jak się okazało udało się utrzymać początkowe tempo do samego końca. Nawet przed ostatnim kółkiem była realna szansa na powalczenie o „złamanie piątki”, ale tego dnia (a jak się okazało i sezonu) nie mogłem sam siebie do tego przekonać. Głowa odmówiła współpracy. Poza tym okazało się, że bieg w Suszu wcale nie jest taki płaski i na 2 km przed metą burmistrz miasta zarządził zwiedzanie rynku, do którego trzeba było solidnie podbiegać jak na biegach górskich. Nie dziękuje postoje, pobiegnę znaczy się;-) Suma summarum wyszło całkiem nieźle, ponieważ do 5 godzin dołożyłem tylko 4 minuty, co oznaczało życióweczkę w półmaratonie 1h44 minuty.
Nie był to jednak wyścig, który mógłbym zaliczyć do udanych. Jakiś taki bez błysku i bez pazura. Dobrze, że w takich warunkach nie pobiłem tej piątki, bo źle by się to wspominało.

Godzina zero czyli powrót do ½ IRONMAN w Gdyni!

Start docelowy "A" w sezonie 2019 - 1/2 IM Gdynia i powrót po dwóch latach od debiutu stanowił nie lada wyzwanie i sprawdzian, ile się udało zdziałać przez te 2 lata przygody z trajlonem...  Aleeeee nie o tym, nie o tym chciałem Wam napisać jeśli chodzi o Gdynie. Ten start był wyjątkowy pod innym względem. UWAGA, UWAGA! Osobom wrażliwym zaleca się zaopatrzenie się przed dalszym czytaniem w chusteczki przeciw łzowe. Pamiętacie jak po debiucie w Gdyni w 2017 roku pisałem Wam o inspirującym odzewie ludzi, których zainspirowała moja historia w drodze do IRONMAN? Jeśli nie, można odświeżyć sobie tutaj klik (http://www.fitnation.pl/blog/triathlon/kto-sie-odwazy-zwyciezy-czyli-moja-droga-do-ironman-czesc-1.h... ) Otóż wyobraźcie sobie, że jedna z osób (nazwijmy ją na potrzeby tej opowieści Marcinem) po przeczytaniu wspomnianej historii postanowiła zmienić swoje życie i ruszyć dupę zza biurka w niecnym celu zostania triathlonistą. Normalnie od zera do bohatera, jak w filmie. Ten wspomniany Marcin pod moimi skrzydłami rozpoczął pierwsze treningi i po półtorarocznych przygotowaniach stanął ze mną w swoim debiucie na starcie wyścigu w Gdyni!!! Uwierzycie!? Prawa do filmu już zakupiły od nas dwie wytwórnie filmowe (hehe). Duma rozpierała mnie od startu do mety, dlatego ten wyścig był dla nas obydwu wygrany już na starcie.

#plywaniejestprzereklamowane 

Nie wiem o co chodzi z tym pływaniem i chyba do tego nie dojdę, pieprzyć to. Po tradycyjnym wystrzale z armaty ruszyłem z impetem jak Michael Phelps, byłem dobrze przygotowany i nastawiony do walki. Wydawało się, że mknę niesamowicie szybko, wyprzedziłem wielu zawodników. Niestety po wyjściu z wody widok na zegarku prawie ściął mnie z nóg 42’38’ – nosz kuźwa mać od razu na starcie taka wtopa, straciłem co najmniej 5 minut do tego co zakładałem. No i było wolniej niż w ostatnim starcie w Suszu gdzie o mało się nie utopiłem – hard live. Jedynym miłym akcentem na tym etapie było spotkanie podopiecznego = Marcina tuż przy końcu strefy zmian. Wspólnie wskoczyliśmy na nasze rumaki i pomknęliśmy na górskie trasy Pomorza. 

Nie marnuj czasu na gonienie za rzeczami, których nie masz. Wykorzystaj to co masz, najlepiej jak się da!
Jack Daniels

Od tego momentu wszystko szło już o niebo lepiej, jednakże nie byłem w stanie podobnie jak w Suszu przekonać samego siebie i podjąć ostrej walki o wynik. Na dłużej zagościłem w strefie komfortu i po prostu cieszyłem się uczestnictwem (dziwnie to brzmi, ale cóż – może taki etap). Ciekawostką i dużą atrakcją tego startu było uczestnictwo w nim aktualnego Mistrza Świata IRONMAN Jana Frodeno, którego notabene spotkałem tuż po wyruszeniu na trasę rowerową (miszczunio już ck Danielswracał do Gdyni…). Jak już wiecie z poprzednich relacji trasa w Gdyni jest bardzo wymagająca na każdym z etapów: pływanie w morzu, jazda po górach oraz długi męczący podbieg w trakcie trasy biegowej. Tak więc wynikiem na rowerze 2h41’ oraz na biegu 1h40’ można się jak najbardziej pochwalić. Porównanie z debiutem wypadło całkiem dobrze zwłaszcza, że po biegu nie byłem jakoś znacząco upodlony.
Poniżej podsumowanie startu 2017 vs 2019:
Czas TOTAL:  2017 - 5h34m (total 1013/1816 w kategorii 223/345) vs 2019 - 5h10m (total 628/1568 w kategorii 143/341)
• Pływanie 1930m: 41' vs 42,3' (ewidentnie nie umiem w to pływanie)
• Rower 90km: 2h54m (31km/h - 170W) vs 2h41m (33,5km/h - 209W) (mocno wiało, jak to w Gdyni)
• Bieg 21,098km: 1h50m (5'14"/km) vs 1h40m PB (4'45"/km)

#jestebiegacze

Na zakończenie sezonu trajlonowego postanowiłem coś zmienić w swoim treningu i zapragnąłem poprawić się z biegania. Spodobał mi się ten Daniels i jego metody treningowe, a wdrażanie mojej nowej maksymy „Mniej znaczy więcej” stało się moją nową pasją. Poza tym z tym bieganiem dużo mniej zachodu i sprzętu, a co najważniejsze nie trzeba zapylać na basen;-))) Trening 3/4 razy w tygodniu z mocnymi, krótkimi akcentami sprawdził się wyśmienicie i dał rezultat w postaci nowej życiówki na „Półmaratonie Królewskim” w Krakowie 1h34’. Jak na mnie to całkiem, całkiem. Niestety kolejne biegowe plany: start w Mistrzostwach Świata w półmaratonie oraz w maratonie trzeba przełożyć na jesień. W tym roku mam nadzieje, uda się coś zwojować zwłaszcza, że trzeba w końcu rozmienić te 5h w trajlonie w Borównie, a później dać czadu w jesiennych biegach. Niech się dzieje!!!

PS. Nadal mam nie rozliczone rachunki z pełnym dystansem IRONMAN, ale na to przyjdzie jeszcze czas!

„Gdy się wytrzyma coś nie do wytrzymania, wygrywa się z życiem!
  Wtedy też słabość staję się siłą.”
                                                                 NAJLEPSZY – Łukasz Grass



Udostępnij ten wątek: